PODRÓŻE

Kalabria – niedoceniony turystycznie region Włoch

Długo zastanawiałam się jak zacząć ten wpis, ponieważ nie mam dla Was turystycznego przewodnika, dzięki któremu dowiecie się, gdzie zjeść i co zobaczyć, bo w tym roku postawiłam na totalny relaks i lenistwo. Niemniej, zostańcie ze mną i poznajcie cudowne południowe Włochy, które dopiero od niedawna są odwiedzane i doceniane przez turystów. A szkoda, bo południowa część kraju, w tym Kalabaria kryją zupełnie inny świat, niż ten w Rzymie, Mediolanie, czy Florencji.

Jak dobrze wiecie, w tym roku wzięłam ślub. Nie ukrywam, że przygotowania były dość męczące i na pewnym etapie byłam już po prostu zmęczona. Z moim ówczesnym narzeczonym stwierdziliśmy, że podczas podróży poślubnej będziemy odpoczywać…biernie. Wzięliśmy hotel all inclusive, więc poszliśmy na prawdziwą łatwiznę, ale naprawdę tego potrzebowaliśmy.

Wybraliśmy Kalabrię, szczerze mówiąc nie wiedziałam, czego możemy się spodziewać, nie miałam za bardzo czasu ani głowy, by zgłębić wiedzę na temat tego regionu. Nie ukrywam, że gdy przyjechaliśmy, byłam zaskoczona, że trafiliśmy do takiego miejsca. Cisza spokój, pełno zieleni, morze i praktycznie zero turystów. I powiem Wasz szczerze, że w sumie o tym marzyłam. Czas płynął wolno, żyliśmy od posiłku do posiłku, przeplatając to wylegiwaniem się nad morzem lub basenem. Pojechaliśmy też do większego miasta koło naszego hotelu – Tropei, ale o tym później.

Kalabria jest to jeden z regionów w południowej części Włoch. Znajdziecie tam pełno malowniczych wiosek, górzystych terenów, zieleni oraz pól, na których mieszkańcy uprawiają lokalne produkty. Jak wspominałam wcześniej, ta część kraju mocno różni się od cywilizowanych miast na północy Włoch. Mam tu na myśli szczególnie Rzym, Wenecję, Florencję, czy Mediolan, który jest kojarzony ze światem mody wybiegowej. No, ale wróćmy do Kalabrii.

Czas w tym miejscu płynie wolniej. Nikomu nigdzie się nie spieszy, jest cisza i spokój, a mieszkańcy są bardzo życzliwymi ludźmi, nawet gdy mają problemy dogadać się z turystami. Tak, angielski w tej części Włoch nie za bardzo się przyda, ponieważ prawdziwi Włosi rozmawiają tylko po włosku, nawet w hotelach i punktach, gdzie obcokrajowców jest dużo. Rezydentka wspominała nawet, że znajomość klasycznego (ujmijmy to tak) języka włoskiego też może czasami przynosić kłopoty, ponieważ historyczny wpływ różnych dialektów spowodował, że język mieszkańców w tej części kraju nieco się różni. Możemy to porównać np. język polskie do kaszubskiego.

My znajdowaliśmy się nad Morzem Tyrreńskim, a na wyciągnięcie wzroku mieliśmy Stromboli, czyli Sycylię. Ciekawostką jest, że na Stromboli znajduje się aktywny wulkan. Do erupcji dochodzi średnio co 10-20 minut. Więc odwiedzając to miejsce, macie pewność, że zobaczycie wybuch wulkanu. My jednak nie skorzystaliśmy z takiej okazji, bo tak ja wspominałam, postawiliśmy na typowe lenistwo. W przypadku morza… Nie byłam zadowolona. Pomijam fakt, że niesamowicie słone, to i też bardzo zdradliwe. Spotkacie się z innym poziomem wody – krok w przód i poziom może zwiększyć się nawet z łydek do pasa. Ponadto, dno przepełnione jest żwirem i kamieniami. Nieprzyjemne uczucie, polecam mieć buty do pływania, których my niestety nie mieliśmy.

Pojechaliśmy także do Tropei. To był jedyny wyjątek od naszego założenia. Postanowiliśmy zobaczyć słynne Sanktuarium Santa Maria Dell’isola. Trzeba przyznać, że na żywo robi to miejsce niesamowite wrażenie, szczególnie, że w mieście znajdziecie dużo punktów widokowych, dzięki którym można zrobić przepiękne zdjęcie na tle tego zabytku. Poza tym Tropea to miejsce, gdzie możecie wydać pieniądze. Ale na bardzo fajne produkty, m.in. suszone peperoncino, słodką cebulę czerwoną*, najstarsze wino kalabryjskie Ciro, gotowe włoskie sosy, makarony, etc.

*ciekawostka: Czerwona cebula zasiana we Włoszech jest słodka. Sprzyja temu mikroklimat, który panuje w tej części kraju. Gdybyśmy zasiali ją w Polsce – smakowałaby identycznie jak ta, którą my dobrze znamy. Jej wyjątkowość sprawia, że jest bardzo ważnym punktem kulinarnym.

Mimo iż hotelowe jedzenie wielu nie kojarzy się zbyt dobrze, my trafiliśmy naprawdę dobrze. Pracowali prawdziwi Włosi, którzy już od progu krzyczeli radosnym głosem „bondżorno”! Codziennie dostawaliśmy zupełnie inne dania, które wybieraliśmy z menu. Aż czasem byłam zła, że posiłki się nie powtarzają, bo takie dobre były. Nie ukrywam, że mieliśmy naprawdę szczęście. A przy okazji przytyliśmy chyba z 5 kilo.

You Might Also Like